Zamknij X W ramach naszego serwisu stosujemy pliki cookies. Korzystanie ze strony bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane
w Państwa urządzeniu końcowym. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Cookies".

WSPÓLNOTA NARODOWA CZY ZBIOROWISKO PODDANYCH?

Aktualności

27.11.2017 9:41

 

„Polonia” Artura Grottgera, symboliczny obraz niewolonej Polski. „Polonia” Artura Grottgera, symboliczny obraz niewolonej Polski.

Prof. Andrzej Nowak

 

Chociaż możemy pokusić się o ogólną definicję narodu, musimy zastanowić się także nad specyfiką, która wyróżnia rozmaite wspólnoty narodowe. We współczesnej humanistyce rozpowszechniony, a nawet dominujący jest pogląd, który wprowadzili kilkadziesiąt lat temu badacze zachodni, przede wszystkim Ernest Gellner (1925–95) i Benedykt Anderson (1935–2015) – że naród jest wspólnotą wyobrażoną (to określenie Andersona). Dlaczego? Dlatego, że – mówiąc najprościej – możemy tworzyć wspólnotę – twierdzi Anderson – najwyżej na takim obszarze, który ogarniamy wzrokiem, bezpośrednim doświadczeniem fizycznym. Tymczasem naród, np. od Tatr do Bałtyku, wymaga już wyobraźni: to jest wyobrażenie. Gellner zaś rozwinął tezę, iż naród jest wytworem modernizmu, nowoczesności, pewnych wymogów cywilizacyjno-ekonomicznych, które w jakiś sposób możemy wiązać dopiero z wiekiem XIX. Wcześniej, jego zdaniem, narodów nie było.
Na szczęście w uczciwie uprawianej nauce można kwestionować tego rodzaju poglądy, a w każdym razie je korygować. Na tym bowiem polega istota nauki, że korygujemy nawzajem swoje sądy i opinie. Myślę, że niedouczonym przedstawicielom tzw. polskiej elity, którzy próbują negować istnienie narodu i często powołują się na wspomniane autorytety zachodniej czy światowej humanistyki, warto przypomnieć, że światowa humanistyka nie składa się tylko z tych (nieco już przebrzmiałych) nazwisk, które są wygodne dla ich teorii, ale także z bardzo inteligentnych, przemyślanych i skutecznych w moim przekonaniu korekt owej koncepcji narodu, o której przed chwilą powiedziałem. Nie będę wymieniał całego szeregu nazwisk autorów zachodnich, wspomnę tylko kilka najważniejszych: Anthony Smith, Adrian Hastings, Paul Brass. Nie będę nawet wymieniał polskich nazwisk, bo dla zakompleksionych polskich elit przywoływanie polskich autorów nie ma znaczenia. Powiem więc tylko, że najprostsza korekta polega na tym, że nie wszystkie narody są równe – w swej historii, dawności, intensywności swego istnienia czy „wyobrażania”. Jedne narody – na przykład naród żydowski albo naród ormiański – istnieją od kilku tysięcy lat i nie sposób tego zakwestionować. Wspólnoty te mają bardzo długą i bardzo wyrazistą, arcybogatą historię. Jednoznaczną w tym, że tworzy ją naród.
Inne narody, o których dzisiaj mówimy, mają historię bardzo krótką i w ich przypadku możemy rzeczywiście mówić o pewnej konstrukcji. Należy do nich np. naród belgijski. Chociaż o Belgii jako części Galii wspomina Cezar w swojej „Wojnie galijskiej”, to jednak żadnego narodu belgijskiego nie było. A czy jest taki naród dzisiaj? Belgia powstała jako całkowicie sztuczny twór w roku 1830, łącząc dwie zupełnie różne geograficznie, historycznie, a przede wszystkim kulturowo, językowo i religijnie krainy: Walonię i Flamandię. A czy np. Luksemburg jest narodem? Celowo wymieniam te kraje, Belgię i Luksemburg, których reprezentanci odgrywają bardzo ważną rolę w kształtowaniu dzisiejszej myśli politycznej i przede wszystkim podejmują decyzje za Europę. Czy Niemcy są narodem, o którym można mówić w takim samym stopniu jak o Anglikach i w tak samo długim okresie czasu? Naród niemiecki został stworzony naprawdę dopiero przez Bismarcka w 1871 roku, po zjednoczeniu. Wcześniej Niemcy byli podzieleni na bardzo różne wspólnoty o niezwykle bogatej historii i tożsamości regionalnej (jak Bawaria, Saksonia, Prusy, Nadrenia), wynikające z różnic politycznych. Przecież to był obszar podzielony na rozmaite państewka. Niektóre z nich miały bardzo długą własną tradycję, stąd odrębności istniejące po dzień dzisiejszy choćby pomiędzy Bawarią a Prusami, które historycznie ukształtował ostatecznie dopiero Fryderyk Wielki. Nie będę teraz wymieniał kolejnych narodów, by mówić o relatywności, bo relatywność w historii jest potrzebna. Włochy także przecież jako naród tworzą się dopiero od zjednoczenia w latach 1860. – wcześniej byli na pewno odczuwający odrębną tożsamość Sycylijczycy, Lombardczycy, Toskańczycy, Wenecjanie itd., itp.
W historii bardzo wiele rzeczy jest relatywnych, także naród jest pojęciem względnym o różnej sile oddziaływania i różnej tradycji w różnych przypadkach historycznych. Tak zatem zredefiniowałbym definicję Andersona: owszem, narody są wspólnotami wyobrażonymi, ale bardzo ważne jest, jak długo, przez jak wielu i jak intensywnie są wyobrażane. Pod tym względem polska tradycja należy do najsilniej „unarodowionych”, bowiem naród polski wyobrażany jest niewątpliwie co najmniej od roku 1000, kiedy nazwa „Polonia” pojawia się w źródłach historycznych. Wtedy wyobrażają sobie ten naród pewnie tylko najbliższe osoby księcia, najbliżsi króla, oczywiście sam władca, duchowieństwo wyższe, które pisze o narodzie. Mistrz Wincenty zwany Kadłubkiem, już 800 lat temu, przepięknie rozwija tę koncepcję ogółu obywateli: jako tych, którzy wybierają sobie władcę i łączą się z nim jednym prawem. Ta wspólnota przez pokolenia poszerza się, narasta, ogarnia stopniowo cały, liczny bardzo stan szlachecki. Liczebność tego stanu i stopień intensywnego przeżywania przezeń narodowości polskiej jest zjawiskiem rzeczywiście wyjątkowym w historii europejskiej. Porównywalnym, być może, tylko z historią Węgier. Od 6 do 10% ogółu społeczeństwa Rzeczypospolitej w XVII, w XVIII w. (różnie historycy to szacują, nie da się tego dokładnie obliczyć) tworzy szlachta. Prawie wszyscy ludzie w obszarze tej grupy społecznej identyfikują się z narodem politycznym Polski, a to ogromnie dużo znaczy. Na czym polega ta identyfikacja? Kilkakrotnie w ciągu roku na pięćdziesięciu kilku sejmikach spotykają się obywatele i występują na nich jako obywatele niepodległego państwa, samorządnej Rzeczypospolitej. Nawet jeśli zewnętrznie na najwyższych szczytach władzy państwo polskie traci już suwerenność w XVIII w., to samorządność w nim funkcjonuje. Sejmiki spotykają się i obywatele wyobrażają sobie siebie jako członków politycznego narodu Polaków, który nadal może o sobie decydować. Jest tych osób dużo, dziesiątki tysięcy, może nawet setki tysięcy.
O tej intensywności trwania i przeżywania narodu polskiego jako wspólnoty wyobrażonej świadczy jeszcze kilka faktów z końca XVIII wieku, a więc sprzed epoki, o której mówił Gellner, twierdzący, że dopiero w XIX w. technologiczne powody wymusiły powstanie narodu. Świadczą o tej intensywności trwania polskiego narodu dyskusje na tematy związane z używanym wtedy powszechnie pojęciem narodu i pytaniem, co ono znaczy. Dyskusje te ożyły w szczególności w okresie Sejmu Czteroletniego 1788–92. Świadczą o tym tysiące broszur wtedy drukowanych, w których pojawiają się pytania: co to znaczy naród? jak go interpretować? Wtedy w Rzeczypospolitej 200 tys. ludzi abonuje rozmaite pisma i pisemka, jest to wielokrotnie więcej niż w całej sąsiedniej Rosji i wielokrotnie więcej niż w jakimkolwiek innym kraju Europy Środkowo-Wschodniej. Najważniejszym tematem, poza planami dotyczącymi prowadzenia własnej gospodarki, jest wszędzie zagadnienie polityczne narodu – co to jest naród? jak go poszerzyć? czy włączyć do niego mieszczan? czy chłopi też należą do narodu, czy są raczej czymś osobnym? A co z Żydami – czy oni też wejdą do narodu polskiego? Zagadnienia te absorbują uwagę dziesiątków tysięcy ludzi w XVIII-wiecznej Polsce.

 

 Jest to tylko początek artykułu. Całość jest do przeczytania w aktualnym numerze naszego miesięcznika “WPiS – Wiara, Patriotyzm i Sztuka”. Można go zakupić tutaj.

→ Opcje wyszukiwania Drukuj stronę WPiS 11/2017 - okładka Zamów prenumeratę Egzemplarz okazowy

Zapisz się do newslettera

Facebook
  • Blogpress
  • Polsko-Polonijna Gazeta Internetowa KWORUM
  • Niezależna Gazeta Obywatelska w Opolu
  • Solidarni 2010
  • Razem tv
  • Konserwatyzm.pl
  • Niepoprawne Radio PL
  • Afery PO
  • Towarzystwo Patriotyczne
  • Prawica.com.pl
  • Solidarność Walcząca Mazowsze
  • Liga Obrony Suwerenności
  • Ewa Stankiewicz

Komentarze

Domniemanie jako metoda manipulacji

Trzeba przyznać, że lewackie media nad Wisłą, czyli media, które same nazwały się „głównego nurtu”, podczas pontyfikatu polskiego papieża Jana Pawła II trzymały w sprawach papieskich języki, pióra i kamery na wodzy. Póki Ojciec Święty żył, naprawdę rzadko zdarzał się jakiś napad na naszego Wielkiego Rodaka ze strony Jego ziomków, obojętnie jakiej byli orientacji (teraz, co innego – używają sobie po chamsku). W Niemczech natomiast niezbyt respektują swojego rodaka na tronie Piotrowym i to jeszcze za życia Benedykta XVI. I tam nie obywa się bez chamstwa, które w temacie papieskim jest jakby uprawnione. Dotyczy to nawet tak zdawałoby się szacownych i kulturalnych redakcji, jak np. „Die Welt”. Nie wiem czemu w Polsce określa się ten dziennik jako konserwatywno-prawicowy. Tym bardziej, że redakcja sama pisze o sobie: „liberalno-kosmopolityczna”.
więcej

Copyright © Biały Kruk Copyright © Biały Kruk. Wszelkie prawa zastrzeżone. Wszelkie materiały, informacje, pliki, zdjęcia itp. dostępne w serwisie chronione są prawami autorskimi i nie mogą być kopiowane, publikowane i rozprowadzane w żadnej formie.
Cytaty możliwe są jedynie pod warunkiem podania źródła.

Archiwum

Patronaty

Wydawnictwo Biały KrukCentrum Jana Pawła II - Nie lękajcie sięPrzewodnik KatolickiFrondaKluby Gazety Polskiej Radio WNET