Zamknij X W ramach naszego serwisu stosujemy pliki cookies. Korzystanie ze strony bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane
w Państwa urządzeniu końcowym. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Cookies".

PAŃSTWO MATKUJE INWESTOROM, ALE ZAGRANICZNYM

Aktualności

21.02.2017 14:55

Zdaniem prof. Artura Śliwińskiego przekonanie, że innowacje są kluczem do sukcesu gospodarczego jest z błędne. Nie wszystkie innowacje są dla nas pożyteczne. Innowacje mogą być dobre, ale mogą też być złe. Zdaniem prof. Artura Śliwińskiego przekonanie, że innowacje są kluczem do sukcesu gospodarczego jest z błędne. Nie wszystkie innowacje są dla nas pożyteczne. Innowacje mogą być dobre, ale mogą też być złe.

Prof. Artur Śliwiński

Doktryna, obiecująca wszystkim samoczynny wzrost gospodarczy, upadła. Po dwudziestu sześciu latach kultu Cargo1, czyli naśladowania powstałej w Stanach Zjednoczonych neoliberalnej doktryny ekonomicznej, naszym politykom trudno się w sprawach gospodarczych pozbierać. Starają się odkryć zagrzebaną w starych książkach ekonomicznych tajemnicę wzrostu gospodarczego, ale to nie wychodzi. Dotychczas dzięki sile propagandowej mediów było możliwe prezentowanie jako wzrostu gospodarczego Polski coraz większego chaosu, stagnacji i korupcji. Ktoś wcześniej zauważył, że „politycy przekazują dziennikarzom niewiarygodne informacje, a ci je publikują. Następnie politycy czytają publikacje i zaczynają w nie wierzyć”.

Dzisiaj wielu politykom wydaje się, że kluczem do sukcesu może być wspieranie innowacyjności albo uruchomienie inwestycji rządowych. Tymczasem tajemnica wzrostu gospodarczego leży zgoła w zupełnie innym miejscu. To tajemnica zawarta w rzetelnej wiedzy makroekonomicznej oraz znajomości historii gospodarczej, czego dzisiaj politykom nie tylko w Polsce szczególnie brakuje. Poruszają się zatem jak dzieci we mgle.

Entuzjazm innowacyjny

Entuzjastom wspierania innowacyjności jako „lokomotywy wzrostu” należy zwrócić uwagę, że jest to stary numer. Wystarczy przypomnieć, że w latach 2007-2013 ramach tzw. Ramowego Programu 7 (Unii Europejskiej) na wprowadzanie nowych „innowacyjnych” technologii wydarto z kieszeni europejskich podatników 53 mld euro. Program został skonstruowany w taki sposób, by niemal cała suma trafiła bezpośrednio do wielkich korporacji przemysłowych (oczywiście na wprowadzanie wymyślonych przez te korporacje projektów innowacyjnych), co pozwalało je obficie dofinansować. Równolegle obowiązywał ostry zakaz dofinansowania przedsiębiorstw z budżetów krajowych, co w tym czasie wykorzystano m.in. jako pretekst do likwidacji polskiego przemysłu okrętowego.

Podstępne pytanie ekonomisty brzmi następująco: czy innowacje przyczyniają się do wzrostu gospodarczego, czy odwrotnie – wzrost gospodarczy przyczynia się do innowacji? Istnieje na ten temat bogata literatura ekonomiczna, której tutaj nie da się przytoczyć. Warto jednak podać kilka znanych wątków dla ilustracji.

Po pierwsze, samo pojęcie innowacji jest ogólne i niejasne, ponieważ jest synonimem bliżej nie sprecyzowanych, wszelkich możliwych zmian dotyczących produktów, technologii, rynków, organizacji etc. Takie zmiany nie są czymś nadzwyczajnym, może jedynie z wyjątkiem zmian wywołujących nadzwyczajne skutki. To zaś trudno z góry ustalić, a tym bardziej zadekretować. Jak pisał C. Northcote Parkinson: „Żaden król ani minister nie mógł nakazać Newtonowi wymyślenie prawa ciążenia…” . Wspieranie innowacji, czyli wspomnianych zmian może wydawać się atrakcyjne, ale może też być pozbawione konkretnej treści.

Po drugie, często błędnie utożsamia się innowacje z wynalazkami. Jeśli efektywny popyt na innowacje jest anemiczny, wynalazki mogą leżeć odłogiem nawet dziesiątki lub setki lat. Każdą innowację trzeba bowiem sprzedać, co wymaga istnienia efektywnego popytu. Jeżeli mamy do czynienia z długotrwałym kryzysem ekonomicznym, który cechuje się właśnie spadkiem popytu, mamy do wyboru dwie możliwości: albo szukać sposobu przezwyciężenia kryzysu albo udawać, że kryzysu nie ma. Jednak tylko pierwsza możliwość sprzyja innowacjom. Niestety, wielu polityków woli udawać, że kryzys ekonomiczny w Polsce nie istnieje.

Nikt nie twierdzi, że innowacje zawsze są złe. Po prostu innowacje muszą być konkretne i opłacalne, same w sobie nie są jeszcze wartością.

Po trzecie, nie wszystkie innowacje są dla nas pożyteczne (skoro nie dla nas, to warto jednak wiedzieć, dla kogo są opłacalne). Bezkrytycznie pozytywny stosunek do innowacji pozwala przeoczyć fakt, że mamy do czynienia z eksplozją innowacji w sferze oszustw finansowych, handlowych, żywnościowych, farmaceutycznych etc. W numerze z styczniowym z 2017 r. „Wpisu” dr Janusz Szewczak podaje częściowo przemilczany (przynajmniej przez media mainstreamowe) przykład innowacji finansowej pod nazwą „polisolokaty”, za pomocą którego wyłudzono od Polaków ok. 50 mld złotych.

A takich oszukańczych, lecz tolerowanych przez nadzór bankowy, innowacji finansowych było więcej. W 2008 roku polskie przedsiębiorstwa poniosły na sprzedawanych przez banki opcjach walutowych, według poszkodowanych firm, straty szacowane na 200 mld zł. Takie oszukańcze innowacje finansowe w latach 2008-2015 mnożyły się w Polsce jak króliki, skutecznie niszcząc gospodarczo polskie przedsiębiorstwa i krajowych konsumentów.

Historia sięga co najmniej początku lat siedemdziesiątych ub. wieku, kiedy Milton Friedman, już wówczas uznany za guru nowoczesnej ekonomii, wydaje pozytywną opinię dotyczącą wprowadzenia kontraktów walutowych do obrotu giełdowego, mówiąc cynicznie: „Podoba mi się wasza idea i napiszę rozprawę za 5000 dolarów. Jestem kapitalistą, pamiętajcie o tym”.

Po czwarte, popularność polityki „wspierania innowacyjności” m.in. wynika z tego, że niechętnie uznaje się, że innowacje dużo kosztują (są drogie, a dokładniej – kapitałochłonne). Liczy się na to, że problem rozwiążą popularne ostatnio startupy. Innowacje nigdy nie będą opłacalne, jeśli nie zostaną poniesione znaczne nakłady na nowe przedsiębiorstwa czy nowe kanały dystrybucji. Innymi słowy, bez sowitych nakładów inwestycyjnych o sukcesach innowacji nie ma co marzyć.

Przy okazji warto przypomnieć sobie stare twierdzenie, iż inwestycje są nośnikiem postępu technicznego.

Jeśli dany rynek jest płytki (czyli pojemność rynku jest ograniczona), nawet najbardziej atrakcyjne produkty i usługi innowacyjne mogą okazać się nieopłacalne. Bez analizy rynku polityka „wspierania innowacyjności” oraz polityka inwestycyjna są skazane na niepowodzenie. Smutne to, ale prawdziwe.

1 Ruchy quasi-religijne, których nazwa pochodzi od angielskiego cargo – ładunek. Początkowo rozwinęły się na Fidżi, a potem na wyspach Oceanu Spokojnego. Tubylcy zaobserwowali, że biali budują pasy startowe i lądowiska, żeby mogły przylatywać tam samoloty z żywnością, sprzętem itp. – pomyśleli, że samoloty przybywające z nieba są zapewne darem bogów. Zaczęli więc uprawiać kult – cargo i głosić nadejście powszechnego dobrobytu. Biali byli tylko pośrednikami. Ruchy te działały już pod koniec XIX w., ale rozwinęły się głównie podczas II wojny światowej.  

 

 

Jest to tylko początek artykułu. Całość jest do przeczytania w aktualnym numerze naszego miesięcznika “WPiS – Wiara, Patriotyzm i Sztuka”. Można go zakupić tutaj.


→ Opcje wyszukiwania Drukuj stronę WPiS 6/2017 - okładka Zamów prenumeratę Egzemplarz okazowy

Zapisz się do newslettera

Facebook
  • Blogpress
  • Polsko-Polonijna Gazeta Internetowa KWORUM
  • Niezależna Gazeta Obywatelska w Opolu
  • Solidarni 2010
  • Razem tv
  • Konserwatyzm.pl
  • Niepoprawne Radio PL
  • Afery PO
  • Towarzystwo Patriotyczne
  • Prawica.com.pl
  • Solidarność Walcząca Mazowsze
  • Liga Obrony Suwerenności
  • Ewa Stankiewicz

Komentarze

Domniemanie jako metoda manipulacji

Trzeba przyznać, że lewackie media nad Wisłą, czyli media, które same nazwały się „głównego nurtu”, podczas pontyfikatu polskiego papieża Jana Pawła II trzymały w sprawach papieskich języki, pióra i kamery na wodzy. Póki Ojciec Święty żył, naprawdę rzadko zdarzał się jakiś napad na naszego Wielkiego Rodaka ze strony Jego ziomków, obojętnie jakiej byli orientacji (teraz, co innego – używają sobie po chamsku). W Niemczech natomiast niezbyt respektują swojego rodaka na tronie Piotrowym i to jeszcze za życia Benedykta XVI. I tam nie obywa się bez chamstwa, które w temacie papieskim jest jakby uprawnione. Dotyczy to nawet tak zdawałoby się szacownych i kulturalnych redakcji, jak np. „Die Welt”. Nie wiem czemu w Polsce określa się ten dziennik jako konserwatywno-prawicowy. Tym bardziej, że redakcja sama pisze o sobie: „liberalno-kosmopolityczna”.
więcej

Copyright © Biały Kruk Copyright © Biały Kruk. Wszelkie prawa zastrzeżone. Wszelkie materiały, informacje, pliki, zdjęcia itp. dostępne w serwisie chronione są prawami autorskimi i nie mogą być kopiowane, publikowane i rozprowadzane w żadnej formie.
Cytaty możliwe są jedynie pod warunkiem podania źródła.

Archiwum

Patronaty

Wydawnictwo Biały KrukCentrum Jana Pawła II - Nie lękajcie sięPrzewodnik KatolickiFrondaKluby Gazety Polskiej Radio WNET