Zamknij X W ramach naszego serwisu stosujemy pliki cookies. Korzystanie ze strony bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane
w Państwa urządzeniu końcowym. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Cookies".

GDYBY NIE MIKOŁAJ CEBULKA HERBU CIELEPAŁA…

Aktualności

21.02.2017 14:49

„Roczniki, czyli kroniki sławnego Królestwa Polskiego” Jana Długosza to nieocenione źródło informacji o przeszłości naszego kraju od X do XV w. To także dzieło wyjątkowe na tle literatury całego europejskiego średniowiecza. Na ilustracji: Jan Długosz na obrazie Antoniego Gramatyki. „Roczniki, czyli kroniki sławnego Królestwa Polskiego” Jana Długosza to nieocenione źródło informacji o przeszłości naszego kraju od X do XV w. To także dzieło wyjątkowe na tle literatury całego europejskiego średniowiecza. Na ilustracji: Jan Długosz na obrazie Antoniego Gramatyki.

Prof. Andrzej Nowak o 3 tomie „Dziejów Polski”


Leszek Sosnowski: Dla mnie data zakończenia trzeciego tomu „Dziejów Polski” – rok 1468 – to zupełne zaskoczenie. Rok ten kojarzy mi się jedynie ze Statutami Kazimierza Jagiellończyka, ale te przecież odnoszą się tylko do Litwy, nie do całej Rzeczypospolitej, uznaje się, że były one początkiem usystematyzowanego prawodawstwa na Litwie.

Prof. Andrzej Nowak: Historyk powinien także odkrywać i stawiać nowe akcenty w dziejach. Otóż rok 1468 przyniósł przede wszystkim, poza wspomnianymi przez ciebie statutami, pierwszy regularny Sejm w Rzeczypospolitej, walny, zwołany według wszystkich zasad sejmikowych: po dwóch reprezentantów każdej ziemi (powiatu). Chcę sprostować datę pierwszego Sejmu walnego, która jest dotąd przyjmowana najczęściej na rok 1493. Uważam, że w tej sprawie trzeba się trzymać Jana Długosza, a on podpowiada rok 1468. Najnowsze opracowanie wybitnego historyka prawa, prof. Wacława Uruszczaka z Uniwersytetu Jagiellońskiego, „staje murem za Długoszem” i przeciwstawia się całej „tradycji szkolnej”, wiernej przekonaniu, że dopiero od 1493 roku mieliśmy systematyczne sejmowanie. Ośmielony w ten sposób pragnę pokazać, że nasz parlamentaryzm obchodzić będzie już za rok, w 2018, piękny jubileusz: okrągłą, pięćset pięćdziesiątą rocznicę.

Jeszcze jedna niezwykle ważna rocznica, obok stuleciu odzyskania niepodległości… Szykuje się wielkie świętowanie w 2018. Trzeba by szybko podpowiedzieć tę datę marszałkowi Kuchcińskiemu, by parlament zdążył godnie się przygotować.

Masz rację, bo taka rocznica Sejmu Polskiego to jest naprawdę coś wielkiego, jest z czego być dumnym.

A więc koniec trzeciego tomu „dziejów” mamy wyjaśniony. Zaczynamy zaś w roku 1340…

…tak jak skończyliśmy drugi tom.

Czyli?

Czyli zaczynamy tym, że Polska wchodzi na Ruś, że Polska zmienia orientację. Zostawia Śląsk, niestety, ale otrzymuje w spadku Ruś.

Można powiedzieć przymuszona go zostawić…

No tak, ale jeśli chodzi o skutki, to są takie same.

Przywołuję to dlatego, że w publicystyce sugeruje się nieraz, że Kazimierz Wielki „odpuszcza” sobie Śląsk.

Nie, oczywiście, że nie. Choć niestety taki pogląd się dość utrwalił.

Może trzeba dodać słówko, że Rusi nie zabieramy w XIV wieku siłą?

W żadnym razie. Kazimierz Wielki otrzymuje Ruś w spadku, bardzo legalną drogą. Myśmy rzadko w historii cokolwiek siłą brali. I to nas zresztą może troszkę rozleniwiło…

No właśnie.

Na przykład „biedna” Moskwa wszystko musiała siłą zdobywać – dzięki temu Rosja jest dosyć „prężna” do dziś. Niemcy też stale próbowali siłą różne rzeczy uzyskać i też zachowali energię i dumę – czasem może nazbyt wielką.

My siłą nie zabieraliśmy, ale siłę mieliśmy.

Tak, bo trzeba było nieustannie bronić swego.

Może powinniśmy jeszcze wyjaśnić Czytelnikom, czemu nie doprowadzasz trzeciego tomu do roku 1492 – jak było planowane?

Szczera odpowiedź będzie niestety mało ciekawa.

Dlaczego?

Materia historyczna przerosła moje oczekiwania i możliwości ujęcia w jednym i tak przecież obszernym tomie.

O, to jest odpowiedź bardzo istotna, bowiem dowodzi, jak bogata jest ta nasza historia; nawet wybitnemu historykowi i pisarzowi trudno sobie z nią poradzić.

To faktycznie prawda. Pierwotny zamysł, o którym publicznie przecież mówiliśmy, był taki, żeby ten tom zamknąć rokiem 1492, czyli cezurą bardzo często przyjmowaną w historiografii, bo to jest i rok śmierci Kazimierza Jagiellończyka i, zaraz za progiem, pierwszy Sejm w 1493 roku jak się przyjęło to opisywać; to także czas dla historii powszechnej ważny, czyli tzw. odkrycie Ameryki przez Kolumba – szereg dat tutaj się zbiega.

Rok 1492 uchodzi za symboliczny koniec średniowiecza.

No właśnie i stąd ta data wydawała się oczywista, kiedy przystępowałem do pisania i całości „Dziejów”, i tego tomu. Natomiast kiedy wszedłem głębiej w tematykę tego okresu, to zorientowałem się, że jedną z najciekawszych historii, jakie w nim odkrywam, jest historia ugruntowywania się polskiego sejmowania. To jest ważne zwłaszcza dzisiaj. Pamiętam z zeszłego roku obelgę rzuconą w twarz i Polsce, i Węgrom przez byłego prezydenta Stanów Zjednoczonych Billa Clintona, który powiedział na wiecu poparcia dla swojej żony, że kraje młodej, niedoświadczonej demokracji, takiej jak Polska oraz Węgry, które wszystko zawdzięczają Stanom Zjednoczonym, teraz się odwracają od demokratycznych wartości. Może więc warto w tym momencie przypomnieć panu Clintonowi, ale przecież nie tylko jemu, od kiedy ta demokracja, od kiedy to sejmowanie, od kiedy polskie tradycje parlamentarne się zaczynają. Otóż zaczynają się one oczywiście dużo, dużo wcześniej niż w Ameryce, dwa razy dawniej niż istnieją same Stany Zjednoczone – i wcześniej niż w roku 1493. Ta data, często przyjmowana przez dawniejszych historyków prawa, opiera się na przekonaniu, że wtedy po raz pierwszy Sejm zebrał się w sposób walny i uporządkowany. Nie tak, jak to bywało wcześniej, kiedy spotykała się „kupa” szlachty, która akurat zdobyła się na to, żeby dojechać na walny zjazd. Nie było wcześniej porządku wyboru, nie było uregulowanych relacji między sejmikami a Sejmem i one rzekomo miały się kształtować dopiero w 1493 roku. Otóż to jest błędne mniemanie. O pierwszym Sejmie zorganizowanym w sposób systematyczny z wyłonieniem posłów przez sejmiki, informuje Jan Długosz w swojej Kronice. Od powiedzmy stu lat jest „moda” na podważanie informacji podanych przez naszego wielkiego kronikarza. Oczywiście Długosz nie raz się myli i nie raz zajmuje stanowisko takie, jakie wynika z jego uplasowania w sporach politycznych tamtego czasu, czyli – wiadomo – patrzy często na wydarzenia oczami swojego mecenasa, biskupa krakowskiego Zbigniewa Oleśnickiego. Ale to nie znaczy, że na każdym kroku trzeba zarzucać Długoszowi fałszowanie wydarzeń. Pomnik, jaki nam zostawił w postaci kronik, jest absolutnie wyjątkowy na tle literatury całego średniowiecza europejskiego; jego gigantyczne „Roczniki” są na ogół bardzo wiernym i bardzo rzetelnym źródłem. I to właśnie Długosz podaje rok 1468 jako początek polskiego systematycznego sejmowania. Na czym znaczenie tej daty polega? Król Kazimierz Jagiellończyk po skończonej dwa lata wcześniej trzynastoletniej wojnie z zakonem krzyżackim, w której odzyskane zostało Pomorze Gdańskie, musiał zaciągnąć ogromne długi. To była wojna przede wszystkim na pieniądze, nie na żołnierzy, bo tych akurat w tym momencie Królestwo nie miało najlepszych, tak bym to najdelikatniej ujął; trzeba było ich kupować za granicą. Malbork na przykład został kupiony – a nie zdobyty.

To znaczy kupiony nie w drodze np. przetargu lub licytacji, ale przepłacenia załogi?

Tak. Zapłacono żołnierzom, którzy siedzieli w Malborku; wielki mistrz im nie płacił, a polski król był gotowy za niego to zrobić. W takim razie wywozimy na taczkach wielkiego mistrza – stwierdziła załoga. Dokładnie tak to wyglądało, wywieziono wielkiego mistrza; nie na taczkach co prawda, ale wywieziono go. A on płakał. Bo to była tragiczna chwila dla niego. Nie miał już ani grosza, żeby utrzymać najemną załogę, w dużej części czeską. Żeby przebić wielkiego mistrza w tej finansowo-wojennej licytacji król polski zaciągał długi, które trzeba było potem spłacić. Żeby zaś je spłacić, trzeba było nakładać dodatkowe podatki. W Polsce natomiast szlachta wywalczyła sobie już od blisko stu lat, od 1374 roku, od przywileju koszyckiego, prawo do stałego podatku, który dziś nazwalibyśmy liniowym. Staropolski flat tax wynosił dwa grosze z uprawianego łanu. A cokolwiek więcej król chciał uzyskać, musiał – prosić Sejm. Faktycznie sejmy kształtują się już w końcu XIV wieku, zwłaszcza w okresie długiego bezkrólewia po śmierci Ludwika Węgierskiego, kiedy przez cztery lata, zanim Jagiełło poślubi Jadwigę i zanim Jadwiga jeszcze wcześniej przyjdzie do Krakowa. Wtedy społeczeństwo samo musiało się rządzić i wtedy pokazała się ogromna dojrzałość polskiego społeczeństwa, jego elit. Właśnie na takich zjazdach, które są pierwszymi sejmami walnymi, kształtuje się porządek polityczny – bez króla jeszcze, bo go na razie nie ma. Potem, w XV wieku, sejmy walne będą się spotykały niemal co roku, czasem dwa razy do roku – na ogół zwoływane przez króla. Rozwijają się jednocześnie z sejmikami. Sejmiki, na których spotykają się tylko przedstawiciele danej ziemi to – można tak powiedzieć, niższy szczebel samorządu – wyłoniły się jeszcze w XIV wieku z tzw. zjazdów wiecowych czy wieców sądowych. Szlachta danej ziemi zjeżdżała się żeby zorganizować wymiar sprawiedliwości w swoim regionie, na zasadzie samorządu. Otóż z tej instytucji wieców sądowych wykształca się w XIV wieku osobny zjazd, na którym nie dyskutuje się tylko o wyrokach, ale również o podatkach na rzecz danej ziemi. Załatwiano też inne drobniejsze instytucjonalne rozwiązania lokalne. Tak rodzi się samorządność.

Z tego wynika, że sejmiki miały w sumie dużą władzę.

Oczywiście.

Podejmowały różne istotne decyzje, np. podatkowe, nie uzgadniając tego z żadną centralą. Czyli możemy mówić o państwie, które potem będzie nazywane federalistycznym.

To jest kapitalny temat dotyczący tamtych czasów, mianowicie rywalizacja, czasem przechodząca w walkę, ale nie przemieniająca się w wojnę domową. Rywalizacja, nawet ostra, zatrzymuje się na progu przemocy. Rywalizacja między zasadą samorządności a zasadą państwa – państwa centralnego, które reprezentuje król i jego administracja, czyli starostowie. A pamiętajmy, że starosta jako przedstawiciel króla, czyli władzy centralnej, ma sporą władzę, także karania. Szlachta i miasta walczą o to, żeby ograniczyć tę władzę, żeby starosta mógł karać tylko za najbardziej pospolite i ewidentne przestępstwa. Ostatecznie ustalono w 1423 roku, że władza starościńska dotyczy tylko czterech przypadków, które bez wyroku sądowego można od razu ukarać: to jest gwałt, rozbój, podpalenie, napad na dom. Resztę mieli sądzić sami obywatele na sądach ziemskich. To była pewnego rodzaju rywalizacja; państwo by chciało wszystko zatrzymać pod swoją kontrolą, obywatele zaś chcą jak najmniej ingerencji państwa.

To jest funkcjonująca do dziś zasada zachowania równowagi między władzą a społeczeństwem, miedzy centralą a „terenem”, miedzy wolnością a narzuconymi regulacjami prawnymi. Tak samo konieczna jest równowaga w gospodarce, między własnością państwową i społeczną a prywatną. Utrata tej równowagi oznacza katastrofalne skutki zarówno dla władzy, jak i narodu.

Dochodzenie do tej równowagi jest niezwykle pasjonującym, również dla historyka, procesem. Pogański książę był jeszcze właścicielem wszystkiego, a ludzie nie mieli zagwarantowanej żadnej godności w tym barbarzyńskim systemie. Natomiast gdy przychodzi chrześcijaństwo i książę lub król otrzymuje władzę od Boga stając się władcą namaszczonym, to jego poddani uzyskują godność jako dzieci Boże. I tu także zaczyna się możliwość odwołania się owych dzieci Bożych do Kościoła w obronie przed nadużyciami władzy. Tak się tworzy wolność w naszej cywilizacji – wyjątkowa.

A wracając do wojny 13-letniej; Polska ją wygrała, ale Kazimierz Jagiellończyk bardzo się zadłużył…

Król znalazł się w poważnej potrzebie finansowej po wielkiej wojnie, za którą trzeba było zapłacić. Żąda więc od szlachty zgody na nowy, poważny podatek – żeby pokryć wojenne długi. Wtedy następuje jakby coś w rodzaju dialogu między sejmikami a Sejmem. Sejm odpowiada królowi: „o to musimy zapytać sejmiki – nie wiemy, czy one się zgodzą”. Sprawa zostaje delegowana niżej i wraca następnie z powrotem na Sejm już z uprawnieniem – jest zgoda na taki podatek. To już jest normalny, jak byśmy dziś powiedzieli, proces legislacyjny w państwie samorządnym.

Proces legislacyjny ze społecznymi konsultacjami. Państwo jest samorządne i trzeba chyba powiedzieć: w ówczesnych warunkach bardzo demokratyczne.

Absolutnie tak można to określić; państwo jest i samorządne, i demokratyczne. Władca nie może czynić, co chce, chociaż wiadomo, że ma rację – niewątpliwie trzeba spłacić długi za wojnę, która miała sens, która przyniosła Polsce coś niezwykle ważnego: odzyskanie Pomorza. Ale nie da się w Rzeczypospolitej ściągnąć z obywateli pieniędzy metodą dyktatorską, jak w państwie samodzierżawnym. U nas wymagana jest zgoda obywateli. I obywatele mają już system, za pomocą którego można to wszystko lege artis, z zachowaniem wolności i racji stanu całego państwa, zrealizować. To się dzieje po raz pierwszy w tak uporządkowany sposób w 1468 roku. Dlatego myślę, że to jest data, którą warto przypomnieć za Długoszem, i wprowadzić do świadomości historycznej Polaków. To się świetnie zbiegnie w roku 2018 ze stuleciem odrodzenia państwa polskiego. 550 rocznica Sejmu piotrkowskiego przypadnie 9 października, dokładnie miesiąc i dwa dni przed setną rocznicą odzyskania niepodległości. To pozwoli przypomnieć sobie i innym, że Polska nie zaczyna się dopiero w 1918 roku i nie z łaski mocarstw w Wersalu, ale stoi za nią arcybogata, wspaniała tradycja państwa i narodu. Jej wspólnym symbolem jest właśnie owa 550 rocznica zorganizowanego sejmowania, demokracji polskiej i – można powiedzieć – samorządnego porządku politycznego, który funkcjonującego już wtedy, kiedy w Ameryce jeszcze tylko hasały bizony oraz nieliczni Indianie.

Z tego prosty wniosek, że Bill Clinton powinien się jeszcze sporo douczyć. Najlepiej jakby przeczytał przynajmniej Twój najnowszy tom „Dziejów Polski”.

Chciałbym jednak, żeby może najpierw Polacy go przeczytali, bo zbyt wielu z nich ulega takiemu stereotypowi: „My, Polacy, to biedota bez dorobku gospodarczego i kulturalnego, dopiero w 1989 roku zaczęliśmy się rozwijać… To dopiero Okrągły Stół, premier Mazowiecki, pierwszy w ogóle jakiś demokratyczny przywódca wyprowadził nas na scenę europejską…”.

I od razu złoty wiek mieliśmy, jak to obwieścił prezydent Komorowski – uczony historyk bardzo.

On faktycznie posunął się aż do tego, że czasy postkomunistycznej Polski obdarował mianem złotego wieku. Są pewne osiągnięcia ostatnich 27 lat, nie przeczę, ale popatrzmy na nie i na siebie samych z perspektywy 1050 lat oraz tych 550 lat polskiego sejmowania. I zobaczymy więcej powodów do skromności w związku z dorobkiem ostatnich dekad.

Patrząc na tyle minionych wieków powodów do dumy będziemy mieli aż nadto, zapewne więcej niż nasi potężni dziś sąsiedzi. Wróćmy jednak do czasów poprzedzających prawdziwy polski Złoty Wiek, do epoki Kazimierza Jagiellończyka. Powiedziałeś, że wojna 13-letnia była wojną na pieniądze. Wygraliśmy ją, czy to więc znaczy, że państwo polskie było wtedy bogatsze niż inne?

Niestety nie. Na tle swoich sąsiadów Polska jest ciągle jeszcze dość uboga. Dlaczego? Bo jeszcze nie ma koniunktury na zboże. Ona się zacznie za chwilę i wtedy stanie się możliwe faktyczne bogacenie się społeczeństwa i państwa przy okazji; wiadomo, że to jest jedyna zdrowa sytuacja, kiedy państwo jest bogate bogactwem społeczeństwa, a nie odwrotnie – kiedy państwo bogate, a społeczeństwo składa się z niewolników. Otóż Polacy nie byli jeszcze w połowie XV wieku bogaci. Do niedawna Pomorze było w rękach krzyżackich, nie było jak uruchomić słynnego później spływu zboża, nie było jeszcze europejskiej koniunktury na polskie zboże – ona się dopiero ukształtuje w końcu XV wieku i wtedy zaczną powstawać wielkie folwarki. Ta, że tak powiem produkcja rolna, stanie się niezwykle ważna w skali kontynentu i uczyni Polskę bogatym krajem. A wcześniej? Węgrzy mieli kopalnie złota, Czesi mieli kopalnie złota i srebra. Kraje na południe od Polski były dużo bogatsze. Takie były realia.

My mieliśmy duże zasoby soli, bardzo ważnego i cennego wówczas produktu…

Tak, to cenny materiał handlowy, ale to bogactwo było relatywnym ubóstwem w stosunku do innych. W dodatku ten staropolski podatek „liniowy” wprowadzony w Koszycach nie był wysoki, uniemożliwiał systematyczne powiększanie skarbu królewskiego. Dwa grosze od łanu to nie było dużo. Dzięki temu obywatele mogli się bogacić, ale państwo jeszcze nie. W sytuacji wojny trzeba było się zapożyczać, głównie w miastach. Kraków na przykład dał ogromne pieniądze na wyprawę grunwaldzką, Lwów też dał dużo, każde większe miasto coś dało. Kraków akurat był największym miastem w Królestwie Polskim pod panowaniem Jagiełły. Trzeba było też prosić o ofiarność obywateli, czyli o zgodę na nadzwyczajne podatki, np. na czopowe (podatek płacony przez mieszczan od wyrobu, importu oraz sprzedaży piwa, wódki, miodu itp. – przyp. red.). Pod Grunwaldem akurat zwyciężyło w większości rycerstwo z pospolitego ruszenia. Ale były tam też oddziały zaciężne, jakieś 5-6 tysięcy ludzi – niewiele jak na całą naszą armię liczącą około trzydzieści parę tysięcy ludzi. Zdecydowana mniejszość, choć bardzo kosztowna – bo taki żołnierz wynajęty był naprawdę drogi. A w wojnie trzynastoletniej pospolite ruszenie się nie popisało, mówiąc delikatnie, już na wstępie i sromotnie przegrało bitwę pod Chojnicami. Trzeba było zatem oddać wojnę w ręce zawodowców, a ci kosztowali bardzo drogo. W związku z tym często zaciągano pożyczki. Dlaczego Polska okazała się mimo wszystko bogatsza od Zakonu? O tym decydował Grunwald, o tym decydowało to, co stało się pięćdziesiąt kilka lat wcześniej. Grunwald naprawdę złamał podstawy istnienia Zakonu. Po pierwsze przegrał wielką bitwę, po drugie przegrał potem wielką bitwę propagandową dzięki profesorom Uniwersytetu Krakowskiego, którzy stworzyli skuteczną propagandę polskiej racji stanu na soborze w Konstancji. To bardzo ważny rozdział tej książki i przede wszystkim polskich dziejów – kapitalny rozdział w historii Polski intelektualnej. Polska stała się wtedy czynnym i samodzielnym uczestnikiem europejskiej debaty intelektualnej, z nowym spojrzeniem na prawa narodów. To wszystko sprawiło, że do Zakonu przestały płynąć pieniądze. A Zakon nie był zbyt bogaty swoimi dobrami w Polsce, lecz tymi majętnościami, które czerpał z kilkuset komandorii (komturii) głównie w północnych Niemczech, we Włoszech i z dobrowolnego poparcia z zagranicy. Teraz płacono na rzecz Zakonu coraz mniej chętnie, bo ten przegrywał – i w polu, i w sądzie. Przegrywał z chrześcijańskim królem, nie z poganami. Z kimś, kto umiał obronić swoje dobre imię przed propagandą Malborka i wykazać, że Zakon nie ma racji. Przede wszystkim jednak Zakon stracił na tej wojnie i następnych, między 1409 a 1435 rokiem, ogromne pieniądze. Polskie rycerstwo – co tu dużo mówić – pustoszyło państwo zakonne. Miast nie zdobywano, ale pustoszono wsie. Było kilka wojen między Grunwaldem, a wojną trzynastoletnią, a wszystkie toczyły się niemal wyłącznie na terytorium państwa zakonnego. To wszystko spowodowało, że Zakon nie miał już środków finansowych, a Polska, choć nie miała ich dużo, to społeczeństwo było już na tyle bogate, że mimo wszystko mogło, nawet jeszcze przed wielką koniunkturą, przed wielkim bogactwem, które przyjdzie do Polski w XVI wieku, poradzić sobie z Zakonem. I po to był zwołany ten Sejm, o którym ciągle tutaj mówimy, w 1468 roku, na którym uchwalono dodatkowy podatek na pokrycie długów skarbu państwa polskiego. Nie pierwszy raz oczywiście, ale pierwszy raz w sposób tak zorganizowany.

 

 

Jest to tylko początek artykułu. Całość jest do przeczytania w aktualnym numerze naszego miesięcznika “WPiS – Wiara, Patriotyzm i Sztuka”. Można go zakupić tutaj.


 

→ Opcje wyszukiwania Drukuj stronę WPiS 9/2017 - okładka Zamów prenumeratę Egzemplarz okazowy

Zapisz się do newslettera

Facebook
  • Blogpress
  • Polsko-Polonijna Gazeta Internetowa KWORUM
  • Niezależna Gazeta Obywatelska w Opolu
  • Solidarni 2010
  • Razem tv
  • Konserwatyzm.pl
  • Niepoprawne Radio PL
  • Afery PO
  • Towarzystwo Patriotyczne
  • Prawica.com.pl
  • Solidarność Walcząca Mazowsze
  • Liga Obrony Suwerenności
  • Ewa Stankiewicz

Komentarze

Domniemanie jako metoda manipulacji

Trzeba przyznać, że lewackie media nad Wisłą, czyli media, które same nazwały się „głównego nurtu”, podczas pontyfikatu polskiego papieża Jana Pawła II trzymały w sprawach papieskich języki, pióra i kamery na wodzy. Póki Ojciec Święty żył, naprawdę rzadko zdarzał się jakiś napad na naszego Wielkiego Rodaka ze strony Jego ziomków, obojętnie jakiej byli orientacji (teraz, co innego – używają sobie po chamsku). W Niemczech natomiast niezbyt respektują swojego rodaka na tronie Piotrowym i to jeszcze za życia Benedykta XVI. I tam nie obywa się bez chamstwa, które w temacie papieskim jest jakby uprawnione. Dotyczy to nawet tak zdawałoby się szacownych i kulturalnych redakcji, jak np. „Die Welt”. Nie wiem czemu w Polsce określa się ten dziennik jako konserwatywno-prawicowy. Tym bardziej, że redakcja sama pisze o sobie: „liberalno-kosmopolityczna”.
więcej

Copyright © Biały Kruk Copyright © Biały Kruk. Wszelkie prawa zastrzeżone. Wszelkie materiały, informacje, pliki, zdjęcia itp. dostępne w serwisie chronione są prawami autorskimi i nie mogą być kopiowane, publikowane i rozprowadzane w żadnej formie.
Cytaty możliwe są jedynie pod warunkiem podania źródła.

Archiwum

Patronaty

Wydawnictwo Biały KrukCentrum Jana Pawła II - Nie lękajcie sięPrzewodnik KatolickiFrondaKluby Gazety Polskiej Radio WNET