Zamknij X W ramach naszego serwisu stosujemy pliki cookies. Korzystanie ze strony bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane
w Państwa urządzeniu końcowym. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Cookies".

DZISIEJSZĄ IDEĘ EUROPEJSKĄ SFORMUŁOWAŁ SS-UNTERSTURMFÜHRER DR FRIEDRICH GOLLERT

Aktualności

25.09.2017 16:14

Demonstracja patriotyczna w Gdańsku 24 listopada 2012 r. Fot. Adam Bujak Demonstracja patriotyczna w Gdańsku 24 listopada 2012 r. Fot. Adam Bujak

 

Kto dąży do zamiany III RP na Generalną Gubernię?

 

Leszek Sosnowski

 

Proszę uważnie przeczytać poniższą opinię i rozważyć, na ile oddaje ona obecną sytuację polityczną w Polsce, w Unii Europejskiej i w ogóle na naszym kontynencie:

Idea europejska jest szeroko rozpowszechniona wśród narodu polskiego. Dotychczas jednak Polacy obawiali się stale, że nie będzie dla nich miejsca w tej zjednoczonej Europie. Jeśli teraz damy im nadzieję, że w tej nowej Europie będą mogli prowadzić i rozwijać życie zgodnie ze swym charakterem i kulturą, to właśnie obecnie w III Rzeczypospolitej przeważająca większość narodu polskiego przyjmie tę politykę niemiecką z największym zrozumieniem. Z biegiem czasu będzie się też stawało sprawą coraz bardziej oczywistą, że w interesie Zachodu Rzesza niemiecka musi być politycznym, gospodarczym, duchowym i kulturalnym ośrodkiem tej przyszłej Europy”.

Słowa te mogły paść nad Wisłą tak kilka lat temu, jak i dziś. Na przykład na łamach gazety wiadomo jakiej, w krakowskiej rozgłośni Bauera (RMF) albo w Niemczech na łamach niejednego poważnego dziennika, jak choćby „Süddeutsche Zeitung”. Przytoczone wyżej zdania sformułowane zostały jednak dość dawno temu, a mianowicie w grudniu 1944 r., w „Raporcie końcowym gubernatora dystryktu warszawskiego”. Z tym, że w cytowanym fragmencie specjalnie zamieniliśmy określenie Generalna Gubernia na III Rzeczpospolita, by wykazać, jak współczesna retoryka niemieckich mediów oraz niektórych polityków nawiązuje do stylu i meritum propagandy hitlerowskiej, szczególnie tej z końca wojny, kiedy wielu Niemców rozumiało, że klęska militarna Rzeszy jest nieunikniona. „Nieunikniona” nie miało wcale oznaczać, że klęska będzie całkowita, a więc niekoniecznie ekonomiczna, a tym bardziej polityczna. Nie mylili się. Już cztery, pięć lat po zakończeniu wojny świat zachodni piał z zachwytu nad niemieckim cudem gospodarczym (Wirtschaftswunder) – przypisywano go naiwnie germańskiej pracowitości, a przede wszystkim zbawczemu planowi Marshalla. Zapomniano o zdobyczach wojennych (każdego dnia wjeżdżały do Rzeszy całe pociągi nimi wyładowane, grabiono wszystko, nawet czarnoziem na Ukrainie), które zostały zwrócone w śladowej ilości i to one, powoli wyjmowane z ukrycia, stanowiły podstawę owego Wirtschaftswunder.

Naiwność

Jak wiadomo, głównymi beneficjentami amerykańskiej pomocy byli Francuzi, Brytyjczycy i ci, którzy zamiast skutecznego po wszystkie czasy ukarania, zostali przez ogłupiałe ze szczęścia po wojennym zwycięstwie rządy nagrodzeni – czyli Niemcy. Norymberskie wyroki na głównych przywódcach III Rzeszy (12 razy kara śmierci, 7 razy więzienie) uznano za karę wystarczającą. Dla tych, których powieszono, na pewno była ona wystarczająca, ale nie dla państwa i systemu nazistowskiego.

W obliczu tego, że Niemcy ostatnio zaczęli bezczelnie wypominać nam pomoc unijną, należy przypomnieć, jak zgodnie z doktryną gen. George’a Marshalla futrowano po wojnie państwo niemieckie, w którym ludzie oddychali jeszcze atmosferą zbrodni wojennych. Porównajmy amerykańskie dotacje dla głównych sprawców wojny i dla jej ofiar, bo liczby te są wielce wymowne. Sumy podane są po przeliczeniu wg dzisiejszej wartości dolara; łącznie dotacje rządu USA wyniosły ok. 12 mld 730 mln dolarów, czyli ok. 107 mld wg aktualnych dziś cen (jest to wyliczenie minimalne, bardzo ostrożne).

Jeśli kwoty z tabeli przeliczyć na jednego mieszkańca, to okaże się, że większe korzyści z planu Marshalla niż niektóre kraje zwycięskie miała… Austria: 542,56 $ na osobę. Oznacza to, że proporcjonalnie otrzymała ona blisko trzy razy tyle na głowę co partner w porażce, Niemcy (191,24 $) i trochę więcej nawet niż Francuzi (470,39 $). Grecja, która poniosła w czasie II wojny światowej ciężkie straty w ludności – 11 proc. – otrzymała pomoc mniejszą niż Austria (całościowo 3.158 mln $, na głowę 493,43 $), a trzeba podkreślić, że austriackie straty ludnościowe były o połowę niższe niż greckie. Beneficjentami mniejszych, choć znaczących kwot były jeszcze np. Belgia z Luksemburgiem (6.527 mln $, na głowę 870,26 $, straty ludnościowe 1 proc.) czy Dania (3.234 mln $ i na głowę 853,30 $, wobec strat w ludności na poziomie 0,16 proc.).

Wujek Sam obdarowywał na prawo i lewo, tak iż nawet neutralna Szwecja załapała się na 2915 milionów dolarów – chyba dlatego, że w latach 1944 i 1945 (!) udostępniła Niemcom własne lotniska oraz przepuściła przez swoje terytorium dywizję Wehrmachtu z Norwegii do Finlandii. Nawet Szwajcaria otrzymała prezent w postaci 2100 mln dolarów, a był to ekwiwalent za straty wojenne w wysokości 100 (stu) zabitych cywilów, żołnierz nie zginął tam żaden. No, ale może zasłużyła się, skupując na potęgę przez całą wojnę od Reichsbanku złoto (przetopione m.in. z kościelnych naczyń liturgicznych, pierścionków, obrączek i złotych zębów…) i wyposażając nieustannie Trzecią Rzeszę w zawsze i wszędzie mile widziane szwajcarskie franki.

W sumie 17 państw skorzystało z planu Marshalla. Jak wiadomo, jednak nie Polska, bowiem „nasz” komunistyczny rząd nie zamierzał brudzić sobie rąk udziałem w tym spisku imperialistycznym. Tak niby dalekowzrocznym Amerykanom nie przyszło zaś do głowy, by przydzielić nam należną kwotę i zamrozić ją w banku do czasu opuszczenia nadwiślańskiego kraju przez czerwonych. Od tego czasu do dziś urosłaby na naszym koncie pokaźna sumka, choć oczywiście nie mogłaby ona dorównać korzyściom wynikającym z inwestowania dolarów w powojenną odbudowę i uczestniczenia przez tyle lat w wolnym rynku. A jak szybko Polacy są w stanie wybić się na niezależność gospodarczą mając swobodny dostęp do wolnego rynku, widać najlepiej dziś. Jednak to, że przez tyle lat nie mieliśmy do tego dostępu, też „zawdzięczamy” Niemcom, bo to właśnie wskutek ich działań wojennych okupacja naszego kraju przeszła z fazy brunatnej w czerwoną i przedłużyła się o pół wieku.

Nieuczciwa i nieracjonalna strona finansowa planu Marshalla to jedno, ale jego warstwa moralna okazała się wprost tragiczna: to wtedy już, zaraz po wojnie, właśnie dzięki tej dolarowej „urawniłowce”, zrównano sprawców z ofiarami! Skutki tego nie były odczuwalne od razu – choć znajdowało się wielu takich, którzy nie zgadzali się z koncepcją generała; w Kongresie projekt ledwie przeszedł. Cały czas podważano jednak tylko zasadność ekonomiczną planu. Skutki społeczne i moralne (a więc siłą rzeczy także polityczne) tego zrównania ofiar z katem są doskonale widoczne po latach, właśnie dziś, i odczuwać je będziemy pewnie jeszcze długo – byle nie do następnej wojny światowej…

Media

Echem, a zarazem symptomem takiego tyleż bezmyślnego, co lekceważącego podejścia do niewyobrażalnych zbrodni niemieckich są np. słowa opublikowane kilka dni temu w monachijskiej „Süddeutsche Zeitung”: „Niemcy nie muszą płacić Polsce odszkodowań wojennych, mają natomiast obowiązek bronić wolności Polaków, w razie potrzeby także przeciwko ich własnemu rządowi”. Goebbelsowska retoryka z miesięcy poprzedzających wybuch wojny 1 września 1939 r. Potomkowie esesmanów i gestapowców będą bronić naszej wolności! Oczywiście „w razie potrzeby”. Niemieckiej potrzeby. Grożą, iż obalą nasz legalnie, demokratycznie wybrany rząd! Większe mieszanie się w sprawy i w życie drugiego kraju to już chyba tylko zbrojne go zaatakowanie. Skądinąd nie mogę pojąć, iż takie enuncjacje w afiliowanej przy lewej stronie politycznej Niemiec opiniotwórczej gazecie pozostają bez reakcji polskiego MSZ. Widać trwające w tym samym czasie wycieczki ministra po polonijnych parafiach w USA są bardziej absorbujące, a na pewno przyjemniejsze, niż protestowanie przeciwko groźbom wymierzonym w nasz kraj…
Nie sądzę, żeby najnowsze groźby „SZ” można było lekceważyć, bowiem trzeba mieć świadomość, że kierownictwo takiej gazety nie działa w oderwaniu od politycznej rzeczywistości. To tylko w Polsce niektórzy naiwni publicyści do dziś wypisują bajeczki o wysublimowanym obiektywizmie i szlachetnej niezależności mediów (zachodnich oczywiście). Wielkie media w ogóle nie chcą być niezależne, bo wbrew pozorom ich władza, ich siła byłaby wtedy znacznie mniejsza. Tylko w konglomeratach z wielką polityką i z wielkim biznesem stają się potężne. Wybierają więc orientację, określoną opcję światopoglądową, a także gospodarczą, i z tym trzymają. W takich właśnie określonych ramach uprawiane jest dziennikarstwo nazywane wciąż niezależnym.

Prawdziwa niezależność polega dziś jednak na tym, że na rynku mediów funkcjonują również inne liczące się opcje i kto (dziennikarz, redaktor, czytelnik) ma odrębne poglądy, może sobie bez trudności te inne opcje wybrać. Problemem Polski jest totalne umocowanie się i funkcjonowanie tylko jednego wielkiego konglomeratu (liberalno-lewicowego i proniemieckiego) oraz paru małych, słabiutkich ugrupowań w różnym stopniu prawicowych i patriotycznych, na dodatek nie zjednoczonych. W tej sytuacji ani dziennikarz, ani czytelnik (telewidz, słuchacz) nie mają prawdziwego wyboru. Stąd na pewno repolonizacja rynku mediów nie może bazować na dekoncentracji kapitału, ale na nowych podmiotach, które powinny powstać, na utworzeniu potężnego konglomeratu o charakterze wyraźnie patriotycznym i wspartym na sprawdzonych wartościach chrześcijańskich.

Dlaczego w „SZ” padają takie demagogiczne sformułowania: „Niemcy zmuszone były do przekazania Polsce jako odszkodowania terenów na wschód od Odry i Nysy, co oznaczało utratę przez Niemców ojczyzny i dobytku”? Na pewno dziennikarz piszący te słowa, jak i redaktor konstruujący gazetę wiedzą bardzo dobrze, że te „odszkodowania” Polska okupiła utratą 11 milionów ludzi (prawie jedna trzecia w stosunku do stanu z 1939 r.), jak i aneksją przez Sowietów olbrzymich połaci naszych terenów wschodnich; Polska wyszła z wojny pod każdym względem mocno okrojona. Niemiecki redaktor na pewno to wie, ale jego czytelnik nie, bo ten w ogóle mało wie. 96 procent ludzi przyjmuje jako podręcznikową wiedzę to, czego dowie się z mediów – to potwierdzają badania nie tylko w Niemczech. W Polsce jest tak samo. Dlatego poważne oprotestowanie agresywnych i demagogicznych, wielce dla nas szkodliwych politycznie informacji podanych w powiązanej z kluczowymi kręgami władzy gazecie jest bardzo istotnym obowiązkiem państwowych służb.

Tak samo nie jest prywatnym zdaniem (choć takim również może być) rozumowanie prezentowane w „SZ” przez red. Stefana Ulricha, że „Polska dostawała i dostaje idącą w miliardy euro pomoc, która płynie przez Brukselę z Niemiec. Wołania o nowe reparacje brzmią fałszywie”. Niestety również wielu Polaków bezmyślnie zaakceptowało tę retorykę. Co się dzieje z tymi miliardami euro, i jak szybko one wracają do Niemiec (nie tylko przez Brukselę), nie ma potrzeby wyjaśniać w tym artykule, bowiem w tym samym numerze „Wpisu”, nieco dalej, prezentujemy rozmowę z posłem i ekonomistą Januszem Szewczakiem, w której dość dokładnie opisany jest mechanizm powrotu inwestowanych nad Wisłą pieniędzy do zagranicznego inwestora.

Gollert

Czynienie z siebie dobrodziejów Europy to jedna z podstawowych taktycznych zagrywek niemieckiej polityki – zresztą nie tylko w stosunku do Polaków. Chwyt tyleż demagogiczny, co populistyczny. A jego źródła odnajdziemy bez trudu w cytowanym już „Raporcie końcowym gubernatora dystryktu warszawskiego” datowanym na 20 grudnia 1944 r., autorstwa SS-Untersturmführera dr. Friedricha Gollerta. Ten oficjalny dokument podsumowuje sytuację po Powstaniu Warszawskim, autor dokonuje obszernej analizy przyczyn, przebiegu, kapitulacji i skutków. Tym, którzy dziś tak ochoczo deprecjonują wielki czyn powstańczy, uważając go za zbędny i z góry skazany na klęskę, warto choćby krótko przytoczyć tu słowa śmiertelnego wroga Polaków, który niemieckie zwycięstwo określał jako „osiągnięcie militarne najwyższej miary”. „… musieliśmy – pisze Gollert – wydzierać z zawziętością walczącemu wrogowi każdą dzielnicę, każdy blok, każdy dom w niezwykle ciężkich walkach ulicznych”. Oceniając sytuację na froncie wzdłuż Wisły, stwierdza, że „Powstanie w Warszawie doprowadziło do dalszego pogorszenia sytuacji militarnej”.

Przytaczany tu niemiecki raport – zwrócił nań moją uwagę kilka miesięcy temu dr Marek Deszczyński – pomieszczony został w olbrzymim tomie zatytułowanym „Raporty Ludwiga Fischera, gubernatora dystryktu warszawskiego, 1939–1944”, pieczołowicie opracowanym naukowo przez Krzysztofa Dunin-Wąsowicza, który poprzedził cenne dokumenty stosowną rozprawą, oraz przez Marka Gettera, Józefa Kazimierskiego i Janinę Kazimierską. Książka nie ukazała się teraz, i dobrze, bo dziś zapewne zostałaby uznana za antyniemiecką i zakłócającą idylliczną ideę pojednania (na gruncie przemilczeń i systematycznego przesuwania winy z oprawcy na ofiarę). Wydano ją w roku 1987; wtedy uchodziła po prostu za pracę naukową, historyczną, a także za ważny przyczynek do obiektywnej oceny stosunków polsko-niemieckich. Jak na pracę naukową posiadała wielki nakład, 5 tys. egz., rzecz dziś już nie do pomyślenia.

Dr Friedrich Gollert przed wybuchem wojny był z zawodu zręcznym adwokatem o gruntownym wykształceniu, w 1933 r. wstąpił do SS, pięć lat później do NSDAP. Następnie, od 1 lutego 1941 r., został najbliższym, bardzo zaufanym urzędnikiem dr. Ludwiga Fischera, gubernatora dystryktu warszawskiego przez cały okres okupacji, człowieka bardzo wysoko postawionego w strukturach hitlerowskiej władzy. Zarówno cytowany tu raport, jak i inne pisał dla generalnego gubernatora Hansa Franka; przeznaczone były na użytek hitlerowskiej elity wojskowej i partyjnej. Friedrich Gollert podawał się za ewangelika i był także biznesmenem, jak byśmy to dziś określili, powiązanym z wielką burżuazją niemiecką współwłaścicielem fabryki amunicji. Napisał dwie książki propagandowe, z których oryginalne wydanie okupacyjne z 1942 r. zatytułowane „Warszawa pod władzą niemiecką” (Warschau unter deutscher Herrschaft) osiąga dziś na niemieckim rynku astronomiczne jak na zwykłą edytorsko książkę ceny: ostatnio 526,70 €! Na dużym portalu antykwarycznym booklooker.de praca ta zebrała 752 oceny, podobno 99,4 proc. pozytywnych…

Najciekawszym z dzisiejszego punktu widzenia elementem kilkudziesięciostronicowego raportu jest fragment końcowy zatytułowany „Konsekwencje polityczne”. Czytając te zdania, te opinie i wnioski, trudno oprzeć się porównaniom z dzisiejszą retoryką i argumentacją spotykaną tak w Niemczech, jak i w proniemieckich lub wprost niemieckich (choć polskojęzycznych) mediach w Polsce. W ślad za tymi mediami w analogiczny sposób od kilku lat „argumentuje” cała „nasza” progermańska sfera polityczna z byłym ministrem spraw zagranicznych III RP Radosławem Sikorskim, który wprost i publicznie domagał się hegemonii Berlina nie tylko w Polsce, ale w Europie. Był nawet bardziej bezpośredni i zdecydowany niż SS-Untersturmführer dr Friedrich Gollert, który jednak wyciąga wnioski tak z sytuacji ogólnowojennej, jak i z ciężkich walk na ulicach Warszawy podczas powstania i uważa, że Niemcy powinni się jednak trochę mitygować. Oto jak poucza swoich kolegów, ale i przełożonych, do których skierowany jest raport:

Powstanie warszawskie raz jeszcze potwierdziło, że olbrzymia większość ludności polskiej jest przeciwna bolszewizmowi. Tak samo jasne i oczywiste jest teraz, że Polacy czują się zdradzeni przez Anglię i że jej obietnicom już nikt nie wierzy. W tej sytuacji Polacy czują się zupełnie opuszczeni, dlatego też wielu z nich zaczyna rozumieć, że obecnie istnieje w Europie już tylko jedna jedyna siła, na którą naród polski jest zdany: Rzesza niemiecka. Szerokie masy polskiej ludności poddały niewątpliwie rewizji, wskutek wyniku powstania warszawskiego, swoje nastawienie do nas, Niemców. Po pierwsze, musiały one stwierdzić, że zapowiadane z całą pewnością załamanie się Rzeszy nie nastąpiło, natomiast Niemcy, właśnie w rejonie Warszawy, przy tłumieniu powstania i przy odpieraniu ataku rosyjskiego dowiedli takiej siły, jakiej żaden Polak się po nich już nie spodziewał. (…) My, Niemcy, powinniśmy zręcznie wykorzystać ten nastrój ludności polskiej. Nie ma potrzeby dawania Polakom jakichś przyrzeczeń prawno-państwowych, chociaż to, że już teraz więcej Polaków dopuszcza się do prac administracyjnych w niższych instancjach, sprawia niewątpliwie dobre wrażenie. Mimo to tego rodzaju środki nie mają decydującego znaczenia.

O wiele ważniejsze jest to, by niemieckie enuncjacje w Rzeszy definitywnie skończyły ze stałym zniesławianiem ludności polskiej poprzez zestawienie: ‘Żydzi, Polacy i Cyganie’. Przyzwoita część ludności polskiej słusznie odczuwała takie zrównywanie z Żydami i Cyganami jako szkalowanie i hańbiącą obelgę. Jeśliby Rzesza pod tym względem ostentacyjnie zmieniła kierunek, oddziałałoby to świetnie na nastroje.

Ponadto w uznaniu ogólnej postawy narodu polskiego należy zdecydowanie skończyć z samowolą, która, niestety, w ostatnich pięciu latach była częstym zjawiskiem. Polak ma pełne zrozumienie dla surowych środków, jeżeli są podyktowane sytuacją wojenną. Ale akty samowoli ranią jego dumę narodową. Jeśli zaniechamy tego rodzaju praktyk, Polacy, traktowani w sposób surowy, lecz bezstronny, będą mieli przynajmniej uczucie, że obchodzimy się z nimi sprawiedliwie, co pozwoli jeszcze bardziej rozwinąć się ich pozytywnemu obecnie stosunkowi do nas. Będziemy mogli przekonać ludność polską, że tylko Rzesza dba o interesy narodu polskiego. Dla niemieckiej polityki otwiera się tu doskonała okazja, jaka już raz zaistniała w chwili wybuchu wojny przeciwko bolszewizmowi. Przygnębienie, jakie nastąpiło wskutek klęski, a zwłaszcza poczucie ludności polskiej, że została opuszczona i zdradzona przez wszystkich sprzymierzeńców, daje nam jeszcze raz szansę spacyfikowania dalekowzroczną i mądrą polityką obszaru nadwiślańskiego pod niemieckim przewodnictwem”.

Kiedy się czyta powyższe słowa, widać, jak wielki błąd nie tylko historyczny, ale przede wszystkim polityczny popełniają ci, którzy lekceważą polską daninę krwi, lekceważą Powstanie Warszawskie, którzy lamentują nad brakiem współpracy przed wybuchem wojny z hitlerowskimi Niemcami, co rzekomo miałoby nie doprowadzić do klęski wrześniowej (która zresztą najprawdopodobniej nie byłaby żadną klęską, gdyby nie cios w plecy ze strony Sowietów). Dla wszystkich tych de facto pożytecznych idiotów należy zacytować ostatni wniosek raportu Gollerta:

Jeżeli w tym sensie praktycznie wykorzystamy wyniki powstania w Warszawie, to może się okazać, że to powstanie, które setkom tysięcy Polaków przyniosło niezmierną niedolę, będzie miało błogosławione skutki dla obszaru nadwiślańskiego”. Błogosławione skutki to oczywiście zapowiedziane wcześniej spacyfikowanie Polaków oraz „dalekowzroczna i mądra polityka pod niemieckim przewodnictwem”.

Kiedy zatem publicysta „Süddeutsche Zeitung” pisze, iż Polska, którą „naziści gnębili jak żaden inny kraj”, stała się partnerem, a potem przyjacielem Niemiec, to po pierwsze trzeba zdawać sobie sprawę z tego, co to znaczy w mniemaniu naszych zachodnich sąsiadów „partner” i „przyjaciel”, jeśli chodzi o obcy im naród. Żeby odkryć to znaczenie, dobrze jest przestudiować właśnie raporty dr. Gollerta lub podobne dokumenty, a wtedy zrozumiemy, na jakich zasadach rząd Tuska i spółki mógł być przyjacielem i partnerem Berlina, a rząd PiS-u, jak wieszczy „SZ”, „niszczy państwo prawa, likwiduje trójpodział władz i zwalcza pluralizm opinii tak, jakby chciał kontynuować dzieło komunistycznych władców”. Red. Ulrich osiąga zaiste szczyty demagogii i przewrotności, gdy nowy, w pełni demokratyczny rząd polski w sposób – trzeba powiedzieć – po prostu chamski uznaje za kontynuatora PZPR. Ale źródło jego argumentacji tkwi właśnie u Gollerta („olbrzymia większość ludności polskiej jest przeciwna bolszewizmowi”), który komunizm, bolszewizm każe podsuwać Polakom jako ich głównego wroga, przysłaniając tym samym wcale nie umarłą imperialistyczną strategię swego kraju.

Tak, imperializm Trze­-
ciej Rzeszy nie umarł na wschodnich i zachodnich frontach, lecz przycupnął i teraz odradza się lub raczej już się odrodził. Z powodów taktycznych jest jeszcze kamuflowany. Za parawan znakomicie służy Komisja Europejska i w ogóle Unia Europejska totalnie zdominowana przez Niemców, do tego stopnia, że w Brukseli nawet sekcją polską, informacyjną, przekazującą różnym organom opinie o naszym kraju kieruje Niemiec.

Po drugie, stwierdzenie, iż „naziści gnębili (Polskę) jak żaden inny kraj”, może mówić coś tylko temu, kto dokładnie zna wymiar okrucieństwa niemieckiego na polskiej ziemi. A ilu takich jest? Przeciętny Niemiec nie wie nawet, kiedy zaczęła się wojna (prowadzono takie sondaże), a co dopiero, jakie krzywdy jego przodkowie wyrządzili innym narodom i jakimi oprawcami byli. A np. przeciętny Szwajcar, który też czyta „SZ”, pomyśli: no, jeśli naszych zginęło na wojnie stu, to Polaków może parę tysięcy? A o zrównanej z ziemią Warszawie czy o codziennych transportach milionów niewinnych ludzi do obozów śmierci (…zaraz, zaraz – polskich? niemieckich?) pewnie ledwo co słyszał. Cóż więc dla takich osób znaczy „jak żaden inny kraj”?

No i oczywiście gnębili nas bezimienni naziści, w żadnym wypadku Niemcy… Red. Ulrich to ewidentnie gruntownie wyszkolony dziennikarz i w pełni niezależny. Niezależny od uczciwego punktu widzenia.

 

Jest to tylko początek artykułu. Całość jest do przeczytania w aktualnym numerze naszego miesięcznika “WPiS – Wiara, Patriotyzm i Sztuka”. Można go zakupić tutaj.



→ Opcje wyszukiwania Drukuj stronę WPiS 9/2017 - okładka Zamów prenumeratę Egzemplarz okazowy

Zapisz się do newslettera

Facebook
  • Blogpress
  • Polsko-Polonijna Gazeta Internetowa KWORUM
  • Niezależna Gazeta Obywatelska w Opolu
  • Solidarni 2010
  • Razem tv
  • Konserwatyzm.pl
  • Niepoprawne Radio PL
  • Afery PO
  • Towarzystwo Patriotyczne
  • Prawica.com.pl
  • Solidarność Walcząca Mazowsze
  • Liga Obrony Suwerenności
  • Ewa Stankiewicz

Komentarze

Domniemanie jako metoda manipulacji

Trzeba przyznać, że lewackie media nad Wisłą, czyli media, które same nazwały się „głównego nurtu”, podczas pontyfikatu polskiego papieża Jana Pawła II trzymały w sprawach papieskich języki, pióra i kamery na wodzy. Póki Ojciec Święty żył, naprawdę rzadko zdarzał się jakiś napad na naszego Wielkiego Rodaka ze strony Jego ziomków, obojętnie jakiej byli orientacji (teraz, co innego – używają sobie po chamsku). W Niemczech natomiast niezbyt respektują swojego rodaka na tronie Piotrowym i to jeszcze za życia Benedykta XVI. I tam nie obywa się bez chamstwa, które w temacie papieskim jest jakby uprawnione. Dotyczy to nawet tak zdawałoby się szacownych i kulturalnych redakcji, jak np. „Die Welt”. Nie wiem czemu w Polsce określa się ten dziennik jako konserwatywno-prawicowy. Tym bardziej, że redakcja sama pisze o sobie: „liberalno-kosmopolityczna”.
więcej

Copyright © Biały Kruk Copyright © Biały Kruk. Wszelkie prawa zastrzeżone. Wszelkie materiały, informacje, pliki, zdjęcia itp. dostępne w serwisie chronione są prawami autorskimi i nie mogą być kopiowane, publikowane i rozprowadzane w żadnej formie.
Cytaty możliwe są jedynie pod warunkiem podania źródła.

Archiwum

Patronaty

Wydawnictwo Biały KrukCentrum Jana Pawła II - Nie lękajcie sięPrzewodnik KatolickiFrondaKluby Gazety Polskiej Radio WNET